Jak stworzyć rodową osadę (fragmenty)

Tłumacząc ten tekst opuściłem zagadnienia prawne, które często nie mają odniesienia do polskich realiów. Jednak mogły się tam znaleźć wartościowe dla kogoś informacje. Jeżeli ktoś potrzebuje usuniętych fragmentów, proszę o kontakt. (Mateusz Aponiewicz, Administrator strony www.anastazja.org)


Wprowadzenie

W danym dokumencie postaraliśmy się zawrzeć znane nam dzisiaj doświadczenia w tworzeniu rodowych osad, w Rosji i innych krajach. Dotyczy on zarówno formalnych, jak i nieformalnych kwestii, które musiały być rozstrzygnięte przez ludzi, którzy już zdecydowali się stworzyć własne rodowe posiadłości. Przy czym nie rodowe posiadłości jako oddzielne działki, a właśnie połączone w rodowe osady. W Rosji i za granicą powstały już setki organizacji i nieformalnych grup, które za swój główny cel stawiają właśnie utworzenie rodowych osad. Niektóre z nich istnieją ponad pięć lat, a inne powstały zupełnie niedawno. Przy tym praktycznie wszystkie z nich musiały odpowiedzieć na te same pytania: Jak znaleźć jednomyślenników do osady? Jak znaleźć ziemię pod osadę? Jak tę ziemię otrzymać i załatwić niezbędne dokumenty? itd. Na większość z tych pytań spróbujemy udzielić odpowiedzi, które znaleźliśmy sami lub znaleźli je nasi przyjaciele z innych organizacji i klubów. […]


Jak znaleźć jednomyślenników?

Mówiąc o tworzeniu własnej rodowej posiadłości, większość z nas ma na myśli nie oddzielną działkę, a część rodowej osady. Przy czym w odróżnieniu od mieszkań i dacz, gdzie sąsiadów, niestety, nie wybieramy, własną rodową posiadłość większość z nas chciałaby mieć obok ludzi bliskich duchem, poglądami, zainteresowaniami. Przecież oprócz hodowania roślin, budowy domu i urządzania przestrzeni, u ludzi w rodowych osadach pojawi się dużo czasu na obcowanie ze sobą. Właśnie dlatego kwestia wyboru sąsiadów do osady jest szczególnie ważna. Można nawet powiedzieć, że na danym etapie to rzecz najważniejsza. Kiedy gdzieś formuje się dobra drużyna inicjatywna jednomyślenników, to wszystkie pozostałe sprawy i problemy rozwiązują się o wiele prościej. I ziemia pod osadę szybko się znajdzie i z administracją udaje się prędko dogadać i zorganizować budowę infrastruktury wspólnie okazuje się o wiele prostsze.


Ale gdzie i jak znaleźć jednomyślenników?

Wielu ludzi zadaje sobie to pytanie. Stale przychodzą listy, w których są frazy, podobnych na: "Nie wiem, czy w moim mieście (wiosce) są ludzie, którzy popierają ideę stworzenia rodowej posiadłości, idee, opisane w książkach Władimira Megre". A po tym zwykle następuje prośba o pomoc w znalezieniu jednomyślenników. Aż chciałoby się zapytać tych ludzi: "A próbowaliście szukać?" :) Tak naprawdę znaleźć wokół siebie ludzi, którzy popierają ideę stworzenia własnej rodowej posiadłości, jest bardzo łatwo. W pierwszej kolejności trzeba dokładnie określić, czy sprawa jest dla was rzeczywiście ważna i znacząca, oraz czy (i ile) jesteście gotowi poświęcić czasu, sił i środków na materializację waszego marzenia. A dalej trzeba tylko zrobić parę prostych kroków. Powinniście określić, kiedy i gdzie będziecie się spotykać, a następnie przekazać to ludziom, ogłaszając się wszystkimi dostępnymi sposobami. W gazecie z ogłoszeniami, rozkleić w miejscach publicznych, w ulotkach, dać ogłoszenie w radiu itd. Można także wydrukować nieduże broszurki z informacją i umówić się ze sprzedawcami książek, żeby je włożyli w książki Megre. Nie ze wszystkimi, ale z wieloma sprzedawcami u nas to się udawało. Jeszcze raz powtórzę, że najważniejsze to dać ludziom możliwość dowiedzieć się o was, a dalej oni wszystko zrobią sami. Kiedy jest ciepło, to pierwsze zebrania można przeprowadzać w parku albo skwerku. A można spróbować umówić się z jakąś spółdzielnią, szkołą, biblioteką albo inną instytucją, żeby udostępnili wam aulę albo inne odpowiednie pomieszczenie do zebrań. A kiedy zbierzecie się razem, to wspólnie będziecie mogli zdecydować, co i jak robić dalej.


Jak się poznać?

Pytanie jest tak naprawdę bardzo ważne. Nie wystarczy po prostu zebrać się razem. Koniecznie trzeba jeszcze się poznać. Kto ma jakie zainteresowania, poglądy, pasję. Przecież wszyscy jesteśmy różni. Ale na pierwszym zebraniu trudno jednoznacznie określić, kto i po co tu przyszedł. Praktycznie wszystkie grupy, które uformowały się obecnie dla stworzenia osad, spotykały się z tym, że do nich na zebrania przychodziła masa przypadkowych ludzi i mnóstwo „biznesmenów”, którzy próbowali się dowiedzieć czy: “Nie da się tu łatwo zarobić?” I tylko po upływie pewnego czasu przypadkowi ludzie są przesiewani.
„Biznesmeni” ujawniali prawdziwy cel swojej obecności i, kiedy wyjaśniało się, że “łatwo zarobić” się nie da, co więcej jeszcze trzeba będzie inwestować, sami się odsiewali. Ostatecznie pozostawała właśnie ta inicjatorska grupa jednomyślenników, która dalej zaczynała wspólnie działać. Na pytanie “Jak się poznać?” jest jedna odpowiedź - jak najwięcej obcować między sobą, przeprowadzać wspólne akcje, razem obchodzić święta itd. Czyli, utworzyć wspólnotę jeszcze przed stworzeniem samej osady. Jeśli wam nudno ze sobą bez osady, to czy będzie ciekawie w osadzie? A jeśli jeszcze przed utworzeniem wioski miło i ciekawie spędzacie ze sobą czas, zawsze jest o czym porozmawiać i co omówić, to i po stworzeniu wioski wszystko będzie normalne i tworzyć ją będzie o wiele prościej.

Tworząc w swoim czasie organizację “Dom Ojców” w Czelabińsku, od razu mieliśmy zamysł klubu, jako miejsca do poznawania się, w którym będą pojawiać się grupy, które potem zaczną tworzyć konkretne osady. Dosyć często zdarza się błąd, kiedy ludzie, jeszcze dobrze się nie poznawszy, praktycznie tylko po paru spotkaniach znajdują mniej lub bardziej pasującą ziemię i próbują tworzyć wioskę. I tu okazuje, że nic nie wychodzi. A nie wychodzi dlatego, że różni ludzie się zebrali i każdy inaczej sobie wyobraża proces tworzenia osady. W wyniku czego, w organizacji zaczynają się rozłamy, a liderzy zbyt usilnie starają się “utrzymać jedność w szeregu ” i pogodzić często sprzeczne punkty widzenia. Im dłużej próbują to robić, tym większe są potem problemy wewnątrz organizacji. A wyjście z tego jest bardzo proste. Trzeba było po prostu tworzyć nie jedną, a dwie, trzy albo więcej, tyle ile inicjatywnych grup wyklaruje się w organizacji. Podstawowy argument, zwykle używany w tym wypadku: “Ale nas wtedy będzie za mało!” I tu przechodzimy do następnego pytania:


Ilu ludzi potrzeba, aby rozpocząć tworzenie rodowej osady?

Poprawna odpowiedź to: tylu, ilu się może między sobą dogadać. W skrajnych wypadkach może to być jeden człowiek, który zacznie zbierać informację, szukać miejsca itd. Nasze doświadczenie i doświadczenie innych organizacji pokazuje, że konkretna osada zaczyna się zwykle od grupy trzech do dziesięciu rodzin, które twardo podęły decyzję o tworzeniu własnej rodowej osady. Właśnie oni wykonują wszystkie przygotowania, znajdują miejsce, wyjaśniają szczegóły na miejscu, zapoznają się z „tubylcami” itd. Czyli formują to jądro, które określa indywidualne cechy przyszłej osady, jej spójność, wewnętrzny porządek i reguły. Ciekawe, że kiedy taka grupa się uformowała, to zawsze obraz osady, który oni stworzyli, zaczyna “przyciągać” ludzi bliskich duchem i poglądami. Jedyne, że trzeba uwzględnić wybierając miejsce, to przewidywanie możliwości rozwoju do pełnoprawnej wioski na 100-150 rodzin, nawet jeśli początkowo będzie wydzielona i załatwiona działka małych rozmiarów. Bardzo interesujący schemat poszukiwania sąsiadów zaproponowała grupa Anatola Mołczanowa, który tworzy osiedle w woj. Władymirskim. Tam grupa ośmiu przedsiębiorczych rodzin wykupiła i załatwiła na własność 107 hektarów pod przyszłą osadę. Tylko 8 działek było przepisanych na konkretnych ludzi.
Jak tylko ogłoszono, że jest ziemia, to momentalnie zgłosiła się masa chętnych do otrzymania działki w tej osadzie, przy czym listy jak i sami zainteresowani, zaczynali przychodzić z całej Rosji i nawet z zagranicy. Powstało pytanie, na jakich zasadach przyjmować ludzi? Po liście człowieka nie osądzisz, ale nawet jak go zobaczysz to czy watro mu od razu wydzielać ziemię i załatwiać dokumenty? Dzieci zaproponowały bardzo interesujący sposób rozwiązania problemu. Latem stworzyli na swojej ziemi obóz namiotowy dla kandydatów na członków osady i zaproponowali wszystkim pożyć tam przez jakiś czas, a jednocześnie i na ziemię popatrzeć i zapoznać się ze sobą. Jeśli wszystko będzie w porządku, ziemia spodoba się charaktery również będą zgodne, i jeśli wszyscy dotychczasowi mieszkańcy się zgadzają, to jesienią można załatwiać działki. A jeśli nie, to nie.

Jeszcze raz zwracam uwagę na próby pogodzenia wszystkich pojawiających się ludzi w jednej osadzie. Proszę nie tworzyć iluzji. Nawet jeśli teraz uda się wam niejednomyślnych w jakiejś kwestii ludzi zebrać w jednej wiosce, to te rozbieżności i tak „wylezą” w przyszłości, a wtedy będzie trudniej coś zmieniać. Przecież rodowa posiadłość to część Ziemi. Jej nie tworzy się tylko dla siebie, ale i dla wielu przyszłych pokoleń i podchodzić do tego trzeba bardzo uważnie. I nie tylko do wyboru ziemi, ale i do wyboru sąsiadów. Przecież rodowa posiadłość nie jest mieszkaniem, jej tak po prostu nie zmienisz i nie kupisz za pieniądze.
Kolejne często zadawane pytanie:


Kto ustanawia “Reguły życia” w osadzie?

Pytanie jest dość ważne. Przy jego omawianiu pojawia się wiele sporów. Wypowiemy swój własny punkt widzenia, a czy się zgodzicie czy nie, to wasza wola.
Według nas, “Reguły życia” w osadzie ustanawia ta grupa inicjatywna, która zaczęła tworzenie osady. Przy czym dobrze, żeby ogólne zasady były sformułowane zawczasu i dokładnie wyjaśniane. Jeszcze lepiej - zapisane na papierze. Przy czym potrzebni są nie tyle po to, żeby potem “Żyć według umowy”, tylko aby osiągnąć jak najlepsze porozumienie. Kiedy pozostają jakieś niedomówienia, w większości wypadków doprowadza to do konfliktów. Niestety, obecnie jeszcze bardzo słabo potrafimy dogadywać się między sobą (choć szybko się uczymy). Przy tym w większości przypadków problemy pojawiają się wokół tych spraw, które ludzie uważają za “oczywiste”, które w praktyce okazują się przez różnych ludzi różnie pojmowane. Przy czym, w większości wypadków to nie zły zamiar, a właśnie niedomówienie. […] Na pytanie “Kto ustanawia reguły życia w osadzie?” Odpowiedzieliśmy tak: Początkowo ta grupa, która zaczęła tworzenie wioski, a dalej uczestniczą w tym wszyscy przyjęci jako członkowie osady.
Zatrzymajmy się na kwestii “Demokracji”. U siebie zdecydowaliśmy, że w naszej osadzie wszystkie kwestie rozstrzyga się jednogłośnie. Także przyjęcie nowych członków. Jeśli ktoś jest przeciw, to pytamy “Dlaczego?”. Jeśli człowiek czegoś nie rozumie, nie uświadomił sobie, dlaczego inni myślą inaczej, to on powinien się dowiadywać. Inaczej on wszystko jedno będzie miał wątpliwości. Lub straci chęć do działań przez to nieporozumienie. Jeśli ktoś wie o czymś, co nie pozwala mu zgodzić się z ogólną decyzją, to powinien wyjaśnić reszcie przyczynę swojego sprzeciwu. Inaczej wyjdzie, że z powodu niepełnej informacji możemy podjąć złą decyzję. Także często podnoszą się głosy z powodu “Dyktatury starszych”. Ale popatrzmy na to z innej strony. Ludzie, którzy zaczęli tworzenie osady, zużyli siłę, nerwy, czas, pieniądze, może nawet już zaczęli urządzanie działek, kto oprócz nich ma prawo decydować, kto będzie żyć obok, a kto nie? Przy czym decydować właśnie jednogłośnie. A jeśli komuś nie podobają się te reguły, które przyjęła ta albo inna grupa, nie ma problemów! Niech stworzy swoje własne osiedle, zbierze ludzi, znajdzie miejsce i wtedy będzie w stanie ustanawiać takie prawidła, które uzna za właściwe. Niestety, zdarzają się sytuacje, kiedy ludzie, którzy przybyli na gotowe, ale sami jeszcze nic nie robią, zaczynają wypowiadać pretensje i niezadowolenie, próbują od razu coś zmieniać. W takich sytuacjach ratuje zdrowy konserwatyzm, zanim się coś zmieni, koniecznie trzeba wszystko dokładnie przemyśleć i decyzję podjąć wspólnie. Nasze doświadczenie pokazuje, że ludzie mający wspólny cel praktycznie zawsze mogą się dogadać. Jeśli nie mogą, to decyzja jeszcze nie “dojrzała”. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, kiedy wewnętrzne cele człowieka nie pokrywają się z deklarowanymi, czyli tak zwany “Zły zamiar”. […]
Jak postępować z takimi ludźmi? Oto fragment listu wysłanego przed konferencją w Moskwie:

"Do przywódców"

[...] Trzeba zdać sobie sprawę, że istnieją realne siły, którym nasza działalność nie odpowiada. To jest to, co Anastazja nazywa "systemem". Nasze doświadczenie i doświadczenie naszych przyjaciół z innych miast mówi o tym, że przeciwdziałanie pojawia się od samego początku. Nie będę teraz pokazywać palcem i rzucać nazwiskami, po prostu opiszę podstawowe metody i cele, a dalej już każdy sam dla siebie wyciągnie wnioski. Jaki jest cel tych ludzi oraz tych, którzy za nimi stoją? Nie pozwolić nam na realizację swoich idei tworzenia rodowych posiadłości i ekowiosek. Dlaczego? To oddzielna rozmowa, ale zdaje mi się, że odpowiedź zna wielu z was. Jedna z podstawowych metod przeciwdziałania to wykorzystanie “Agentów wpływu”, którzy działają następującymi metodami:

1. Na samym początku stanąć na czele, objąć kierownictwo i dalej po prostu prowadzić w tą stronę, albo zarządzać procesami w taki sposób, żeby rezultat nie został osiągnięty. Na przykład, specjalnie ponaglać zdarzenia i tworzyć pod tym czy innym pretekstem pośpiech, żeby ludzie nie zdążyli przemyśleć co, jak, gdzie i po co. Bardzo często taki człowiek bierze wszystko na siebie. Czyli, sam chodzi do organów władzy, spotyka się z urzędnikami, umawia się z wykonawcami itd. Zazwyczaj to właśnie on zbiera pieniądze na wszystkie, niby niezbędne wyjazdy i działania. Na koniec, po jakimś czasie ten człowiek znika, i okazuje się, że żaden urzędnik nie wie, z kim i odnośnie czego on się umawiał, na jakich warunkach itd. I to wszystko, cel osiągnięty i nie ma żadnego rezultatu!
Podstawowa cecha - taki człowiek stara się pracować sam, zawsze i wszędzie chodzi sam. Przy tym od samego początku on przejawia wielką aktywność, gotowy wziąć się do każdej roboty, niby wszystko umie i bardzo dużo wie, chociaż potem okazuje się, że to wcale nie tak.
Jest jeszcze jeden wariant, kiedy podczas prób stworzenia osady zaczynają się puste rozmowy i omawianie nie mających związku ze sprawą problemów i pytań. Praktycznie cała działalność stopniowo sprowadza się do gadania i po jakimś czasie organizacja po prostu się rozpada. Pozostają tylko ci, którzy chcą po prostu pogadać o niczym. Zwykle w takim wypadku bezczynność i zahamowania są usprawiedliwiane trudnościami z załatwieniem dokumentów, biurokratycznymi przeszkodami. Bardzo często mówi się, że taki a taki urzędnik stawia warunki, które są nie do przyjęcia. Kiedy zaś wszystko się sprawdzi, to okazuje się: Tak naprawdę żadnych problemów nie było, po prostu urzędnikowi mówiono jedno, a ludziom potem na zebraniu drugie.
Tak jak poprzednio, tacy ludzie bardzo lubią pracować samotnie, albo znajdować sobie zbyt ufnych pomocników, którzy łatwo poddają się sugestii i manipulacji. W drodze powrotnej z gabinetu urzędnika, temu człowiekowi po prostu wmawia się to co trzeba, a dalej on po prostu powtarza nie to, co było naprawdę, a to, co jemu objaśnił "starszy kolega".
Ostateczny cel - skompromitować ideę negatywnym przykładem. Typu "już tak próbowaliśmy robić, ale nic z tego nie wyszło. Wam też nie wyjdzie". Przy tym od samego początku w danym scenariuszu przejawia się wielka miłość do mediów i nagłaśniania sprawy, chęci pokazywania się. Nasila się to, kiedy nic się nie udało i zostało mnóstwo niezadowolony i oraz okłamanych ludzi. Cel bardzo prosty - im więcej ludzi dowie się o negatywnym rezultacie, tym lepiej dla dyskredytacji idei.

2. Jeśli objęcie kierownictwa się nie udało, to drugie zadanie - zostać jednym z członków grupy inicjującej i jak najbardziej zbliżyć się do lidera. A dalej stopniowo zacząć skłócać grupę. Przy tym używa się najróżniejszych metod, wliczając podsłuchy i szantaże. Najbardziej rozpowszechniony sposób to rozmowa sam na sam, ale taka, żeby gdzieś w pobliżu byli świadkowie, a potem we właściwym momencie powiedzieć: "A pamiętacie, kiedy z Iwanem Iwanowiczem rozmawialiśmy? On mi wtedy powiedział..." - I za tym idzie dowolna podłość, zwykle kompromitująca człowieka. Przy tym wspomniany Iwan, naturalnie, niczego takiego nie mówił i zaczyna się tłumaczyć, co natychmiast jest interpretowane jako potwierdzenie jego winy. Bardzo popularnie oskarżenie w spisku.
Często taki człowiek przypomina wszystkim o dawnych błędach, a także próbuje wywlekać jakieś sprawy z życia prywatnego. Dalej, przy każdym dogodnej sytuacji wszystkie te błędy są przypominane i człowieka dobija się znowu, na próżno. W wyniku czego traci on chęć do działania, przejawiania inicjatywy. Jeśli agentowi udało się poznać jakiekolwiek sekrety z życia osobistego, zwłaszcza te „nieciekawe”, to wykorzystuje się prosty szantaż typu: "Jeśli nie zrobisz tak, jak mówię, to wszystkim opowiem o twoim…". W ostatecznym rozrachunku, liderzy zaczynają się awanturować i grupa rozpada się, a ten człowiek, jeśli to możliwe, zajmuje kierownicze stanowisko i albo zaczyna realizować pierwszy scenariusz, albo po prostu ostatecznie niszczy stowarzyszenie.

3. Jeśli nie wyszedł ani pierwszy, ani drugi wariant, wtedy używają trzeciego - stworzenie innej, alternatywnej organizacji, w której wykonuje się pierwszy albo drugi scenariusz. Przy tym wszystkie cudze zasługi ogłaszają jako swoje, a w razie niepowodzenia łatkę przypina się do obu organizacji. Bardzo często po prostu mówi się: "My jesteśmy razem, oni są naszą filią (albo my ich)", - itd. Więc, po skandalu i rozpadzie pierwszej organizacji zmienia się stosunek i do drugiej. Dla większego efektu używa się tej samej nazwy, albo bardzo podobnej, żeby jeszcze więcej ludzi wprowadzić w błąd.
Musicie zdawać sobie sprawę, że ci ludzie są bardzo dobrze przygotowywani. Ich specjalnie uczą tego, jak skupić na sobie uwagę audytorium, jak prowadzić dyskusje i spory, jak przeprowadzać prowokacje itd.. Jeśli zadać takiemu człowiekowi trudne pytanie, to on bardzo zręcznie odpowie albo nic nie znaczącymi frazami, albo poprowadzi rozmowę na inne tory, sam sobie zada inne pytanie i sam na nie odpowie. Przynajmniej, nikt z nas w pojedynkę z takim człowiekiem, nie umiał sobie poradzić. On po prostu "bajerował" i zawsze wychodziło że ma rację. Jedyne, że nas wtedy uratowało, to że bardzo dobrze odczuwaliśmy się wzajemnie, utworzyliśmy zwartą brygadę, do której ten człowiek nie mógł się wślizgnąć. Złapaliśmy go kilkakrotnie kłamstwie i na próbach skłócenia nas z sobą. On nie przewidział, że zżyliśmy się ze sobą i możemy sobie szczerze opowiedzieć o naszych z nim rozmowach sam na sam. Więc bardzo szybko wyjaśniliśmy, że wszystkie plotki mają jedno źródło.

Podstawowe sposoby:
1. Oszukać, zrobić zamieszanie.
2. Przekupić (pochlebiać).
3. Nastraszyć.

A walczyć z tym można tylko jednym sposobem - jawnością. Rozgłosu oni boją się jak ognia. Przy tym natychmiast wychodzi na wierzch ich prawdziwe oblicze.
Możemy dać następujące rady:

1. Koniecznie trzeba stworzyć system komunikacji między członkami organizacji i maksymalnie informować o tym, co się dzieje. Jeśli jest u was taki człowiek, albo przyjdzie do was później, to natychmiast poczujecie, że on stara się przejąć na siebie wszystkie źródła informacji. Bardzo często zgłasza się do roli koordynatora, udostępnia swój telefon, komputer itd.

2. W razie jakichś niedopowiedzeń albo aluzji z czyjejś strony, natychmiast jawnie i wspólnie to omówić, zadając człowiekowi proste pytanie, a nie spiskować po kątach, rozpowszechniając plotki.

3. Starać się nie dopuścić do tego, żeby ktokolwiek chodził do urzędników samotnie. ZAWSZE POWINNO BYĆ CO NAJMNIEJ DWOJE LUDZI, a jeszcze lepiej troje. Z jednej strony, więcej ludzi w organizacji będzie wiedzieć o tym, co było omówione; Z drugiej strony, urzędnikowi trudniej będzie wyprzeć się swoich słów. Także pracować jako drużyna zawsze prościej, niż w pojedynkę.

Ciekawe, że taki człowiek za pierwszym razem stara się wszystkich przekonać o swojej uczciwości, czasami demonstracyjnie. U nas, na przykład, on najpierw mówił o różnych swoich osiągnięciach, co do których można było mieć wątpliwości, więc kiedy ktoś swoje wątpliwości wyraził, to demonstracyjnie wyciągał zdjęcia, które potwierdzały jego racje. Przy czym on stale powtarzał "nigdy nie kłamię" albo "zawsze mówię tylko prawdę".

Charakterystyczne jest także to, że tacy ludzie zwykle mają mało przyjaciół, często zupełnie niedawno skądś przyjechali itd. Czyli coś, co sprawia kłopoty w poznaniu jego przeszłości.
I jeszcze jeden istotny moment. Jak później się wyjaśniło, mieliśmy dwóch takich ludzi. Póki wszystko szło "według scenariusza", pomocnik robił wrażenie, że go nie zna i wszelkimi sposobami nam pomagał, czasami nawet w sporach brał naszą stronę. Ale kiedy już zorientowaliśmy się, co jest co, to zaczął go bronić i przekonywać nas, że się pomyliliśmy, że trzeba dać mu szansę na poprawę i podobne bzdury. Najbardziej wśród nich rozpowszechnione argumenty to słowa o czystości myśli, nawoływanie do jednoczenia się, piękne frazy o duchowości. Charakterystycznie także to, że sami zwykle nie mają pojęcia o sensie tego co mówią, po prostu powtarzają cudze myśli, słowa i idee. Przy tym, jeśli opowiedzieć im jakiś pomysł do połowy, to oni do połowy go potem powtórzą przed publicznością, ale kiedy przyjdzie czas dodać coś od siebie, to zaczną bredzić dookoła :).

Po co zacząłem tę rozmowę? Największy błąd wielu ludzi tkwi w tym, że nie doceniają przeciwnika, albo w ogóle uważają, że go nie ma. A robienie planów na podstawie niekompletnych danych prowadzi do tego, że nie da się osiągnąć celu. Wszyscy musimy zdawać sobie sprawę, że zajmujemy się BARDZO POWAŻNYM ZADANIEM, więc nasz przeciwnik też będzie BARDZO POWAŻNY. Przy czym, to nie żadne państwo, a system doprowadził ludzkość na krawędź katastrofy planetarnej. Nasz podstawowy cel - nie dać się wciągnąć w gry polityczne, a zajmować się wyraźną i konkretną sprawą - tworzeniem osad. [..]

Wrzesień 2001 roku
Z poważaniem, Dmitry Mylnikow


Ciekawie, że po przeczytaniu tego artykułu bardzo wielu ludzi z różnych miast mówiło “To jest o nas!”. Tak więc problem naprawdę ma miejsce i trzeba się do niego odnieść poważnie. Teraz przejdźmy do omówienia kwestii formalnych i organizacyjnych.


Wspólne poszukiwanie miejsca pod osadę

Pragnę zwrócić uwagę na słowo "wspólne". My sami prawie nie popełniliśmy tego błędu, ale w porę zrozumieliśmy. Bardzo ważnym warunkiem przy wyborze miejsca dla własnej rodowej posiadłości jest obecność człowieka na terenie przyszłej osady, gdzie on powinien poczuć, że to miejsce mu odpowiada. Właśnie poczuć. Przy czym ludzie, którzy dla siebie miejsce już znaleźli, praktycznie zawsze mówią “Wyczuliśmy je!”. Ale poczuć, nie widząc działki, nie można! Tak więc każdy, zanim zgodzi się na miejsce pod osadę, powinien tam przynajmniej raz pojechać. W swoim czasie nawet organizowaliśmy wyjazdy członków organizacji na potencjalne miejsca osady. Po prostu zbierało się 30-40 osób, robiliśmy zrzutkę i wynajmowaliśmy autobus. Wychodziło czasem nawet taniej, niż środkami transportu publicznego, przy czym czas można było dobrze wykorzystać. Nie trzeba czekać, można zmieniać trasę. Mieliśmy chęć, to się zatrzymaliśmy, zajechaliśmy do przydrożnej wioski albo po prostu zrobiliśmy postój w lesie. Właściwie, to też jedno z przedsięwzięć, podczas którego można zapoznać się ze sobą. Przecież w czasie jazdy można o wielu sprawach porozmawiać! Analiza problemów i błędów, które mogą powstać na pierwszym etapie tworzenia rodowych osad, jest zawarta w poniższym artykule.


Co robimy nie tak?

Na początku 2002 roku zrobiliśmy zebranie organizacji “Dom Ojców”, gdzie dane pytanie było najważniejsze. Założyliśmy to stowarzyszenie rok temu. Na pierwszy rzut oka, przez ten czas zrobiliśmy dużo, ale z drugiej strony, każdy z nas czuł, że można było zrobić więcej. Tak, wiele z tego, co zamierzyliśmy rok temu, udało się. Na przykład, spotkanie w Moskwie, wyjazd do Gelendżyka na konferencję, organizacja referendum, udział w przygotowaniu konferencji w Moskwie. Ale jednocześnie, wiele z tego, co było planowane, zostało w sferze planów. Przy czym, jak się okazało, większość niezrealizowanych planów była związana z bezpośrednią organizacją i stworzeniem osad. Nie uformowała się grupa inicjatywna w gminie Kopytów w Etkulskim okręgu, więc wszystko stanęło w miejscu. A przecież latem było wielu ludzi, którzy po wycieczce do Kopytowa zdecydowali się zamieszkać właśnie tam. Także nic się nie dzieje wiosce Pierwszomajówka, gdzie już żyje na swojej hektarowej działce Iwan Iwanowicz. I w innych miejscach ten proces też się wlecze. Ale dlaczego? Dlaczego właśnie te dążenia uległy zahamowaniu? Co robimy nie tak?

Dyskutowaliśmy ten problem ponad trzy godziny i doszliśmy do bardzo interesujących i pouczających dla nas wniosków. Najprostsza przyczyna pojawiła się od razu - realną pracą w tym zakresie zajmuje się bardzo mało ludzi. Praktycznie, na dziś dzień aktywny udział w działalności organizacji bierze mniej niż dwudziestu ludzi. Pozostali jakby obserwują z boku. Czasami przychodzą na zebrania, czasami dzwonią i pytają: “No co tam nowego? Ziemię dają?” Skąd taka pasywność ludzi? Przecież na pierwszych zbiorach wszyscy palili się ideą, wszyscy mówili piękne rzeczy. Jak wyszło tak, że wielka część ludzi nie włączyła się w pracę? Okazało się, że przede wszystkim winni jesteśmy my – grupa inicjatywna, która zwaliła na siebie całą pracę. Dyskutując ten problem, doszliśmy do bardzo interesującego dla nas wniosku. Jak się okazało, sami tego nie podejrzewając, wykonywaliśmy cudzy program. Ten program stworzył znany wielu ludziom Jewgienij Pietrowicz Wostrikow, jeszcze na pierwszych zebraniach, kiedy organizacja dopiero powstawała i dyskutowaliśmy co i jak trzeba robić. Ostatecznie, stworzyliśmy własną organizację, a Jewgienij zajął się polityką.

Ale sami, nie uświadamiając sobie tego, zaczęliśmy wypełniać “testament Iljicza”. W swoim czasie Jewgienij Pietrowicz na pierwszych zebraniach bardzo często mówił, że on, jako przewodniczący, weźmie na siebie całą pracę organizacyjną. Będzie chodzić po władzach, zajmować się dokumentami, rozmawiać z urzędnikami. A nasze zadanie, jako członków organizacji, podążać za jego wskazówkami i wspierać pieniężnie. Czyli wielu ludziom, którzy przychodzili na pierwsze zebrania, było zasugerowane : powinniście siedzieć i czekać na wskazówki. Pamiętam, jak na jednym ze spotkań on nawet oświadczył sali: “Macie przewodniczącego Mylnikowa, jemu płacicie składki, więc niech on pracuje!” Nie chcę, aby to wyglądało jak kolejny napad na Jewgienija Wostrikowa. Nie! On wykonał swoje zadanie i zrobił to bardzo profesjonalnie. I wielkie mu dzięki za to, czego nas nauczył. Bez jego lekcji, nie wiadomo gdzie bylibyśmy teraz.

Od nowego roku zdecydowaliśmy się zmienić stosunki w organizacji. Niestety, do dziś wielu z tych ludzi, którzy kiedyś podpisali zgłoszenie o wstąpieniu do organizacji i czasami przychodzą na zebrania albo dzwonią przez telefon, zajęli wyczekującą pozycję. Oni praktycznie nie uczestniczą w pracy i zachowują się jak konsumenci. I to nie tyle ich wina, ile niedociągnięcie grupy inicjatywnej, która poszła po linii najmniejszego oporu. Bardzo często wydaje się, że znacznie prościej jest zrobić coś samemu, niż zlecić to komuś innemu.
W istocie, my, inicjatorska grupa, zwaliliśmy całą pracę na siebie, zamiast przyciągnąć do pracy tych, którzy wstąpili do organizacji. Dlatego nie zrealizowaliśmy wszystkich planów. I głównym naszym błędem było to, że zaczynaliśmy jeździć po różnych województwach i szukać mnóstwa miejsc dla stworzenia osiedli, chociaż tak naprawdę każdy z nas potrzebuje TYLKO JEDNEGO MIEJSCA! A wszystkie pozostałe miejsca ludzie powinni wybrać sobie sami.
Przy czym właśnie podczas tych poszukiwań powinny się uformować te grupy inicjatywne, które potem zajęłyby się zbadaniem znalezionego miejsca, wypełnianiem dokumentów o wydzielenie ziemi, opracowaniem projektu itd. Przy tym ludzie zapoznaliby się i z naczelnikami miejscowych administracji i z mieszkańcami. […] Podczas naszej dyskusji wysnuliśmy jeszcze jeden bardzo ważny wniosek. Pierwotnie postawiliśmy przed sobą zły cel. Przecież nasze główne zadanie, to nie stworzenie rodowych posiadłości i rodowych osad. Nasze główne zadanie polega na tym, żeby zmienić obraz życia człowieka, odbudować więzi z przyrodą i przywrócić normalne stosunki międzyludzkie. Przy tym, stworzenie rodowych posiadłości i osad jest tylko krokiem na drodze do tego celu.
[…]

Zapoznanie się z miejscowymi

Poznanie „tubylców” i nawiązywanie z nimi dobrych, sąsiedzkich stosunków jest ABSOLUTNIE KONIECZNE!!! W przeciwnym razie tworzenie osady stanie pod znakiem zapytania. Niestety, niektórzy sądzą, że jeśli ziemia na papierze jest niczyja, to ona rzeczywiście jest niczyja. Tu pojawia się problem w różnicy myślenia mieszkańców miast a mieszkańców wsi. Mieszczanie uznają za swoje tylko to, co do nich oficjalnie należy, podczas gdy mieszkańcy wsi rozciągają granice swojej własności daleko poza obręb działki z domem. Ich są łąki, lasy i pastwiska. Przy czym w wielu miejscach podziały, gdzie jest czyje terytorium, tworzyły się przed wiekami i są aktualne do dziś. Ciekawe jest też to, że nawet jeśli rolnicy uważają jakąś działkę za niczyją, to oni mimo wszystko dosyć niechętnie przyjmują, kiedy pojawia się tam ktoś nowy, obcy, i zaczyna coś robić. Największy problem, który możecie sobie stworzyć to KONFLIKT Z MIEJSCOWĄ LUDNOŚCIĄ!!! Wszystko inne można rozstrzygnąć, prawo zmienić, urzędnicy prędzej czy później pojawią się nowi, ale miejscowych ruszyć nie możecie. A jeśli zastosują taktykę “Partyzantki” z którą bez sensu jest walczyć na drodze prawnej, to trzeba będzie się dogadywać i negocjować. Tak więc lepiej to zrobić zawczasu.

Nasze doświadczenie pokazuje, że początkowo tutejsi mieszkańcy odnoszą się do przybyszy z rezerwą, co jest zrozumiałe. Ale kiedy zrozumieją, że mają do czynienia z normalnymi ludźmi, którzy chcą zrobić coś dobrego, i jeszcze książki Megre przeczytają (a zwykle im je dajemy, ponieważ ich na nie często nie stać), to żadnych wielkich oporów z ich strony nie ma. Mało tego, oni sami są często bardzo zainteresowani tym, żeby obok nich zamieszkali normalni ludzie, przecież to nie sekret, że wieś dzisiaj wymiera. Przy czym bardzo często oni nie tylko patrzą, a zaczynają pomagać jak mogą. Tak naprawdę obcowanie z miejscowymi mieszkańcami, zwłaszcza staruszkami, pozwala otrzymać bardzo cenne informacje. Przecież ci ludzie żyją w tym miejscu od dawna, od wielu pokoleń i mogą opowiedzieć wiele ważnych i pożytecznych rzeczy o miejscu, w którym żyją, co w następstwie pomaga uniknąć mnóstwa błędów. Od nich można się dowiedzieć, jakie rośliny mają w ogrodach, gdzie i co rośnie w lesie, gdzie w pobliżu są materiały, które mogą potem przydać się w budownictwie itd. Ogólnie, dobre stosunki z miejscową ludnością, to bardzo ważna część pracy w tworzeniu osiedla. Także z punktu widzenia tworzenia normalnych dobrosąsiedzkich stosunków na przyszłość i z punktu widzenia otrzymanych cennych informacji.

Mylnikow Dmitry Jurjewicz

Nasz adres w internecie: www.anastasiaclub.ru
e-mail: mylnikov_dm@rambler.ru


Wyszukaj

Polecamy