„Jak zarobić w osadzie i nie przeholować. O twórczości.” - Wasyl Tiurin

Zdaje mi się, żę to już pora podzielić się swoim doświadczeniem z tymi ludźmi, którzy starają się żyć w harmonii z Przyrodą, ale boją się oderwać od dobrze znanego obrazu życia. Też bałem się zrobić zdecydowany krok. Męczyły mnie wątpliwości: jak żyć bez pracy (w sensie regularnych dochodów), jak bez cywilizacji, bez szpitala itd.
Mi i łatwiej i trudniej. Jestem sam jeden. O mieszkaniu na przyrodzie marzę już od wielu lat. Od dzieciństwa znam tajgę, przywykłem do obcowania z nią sam na sam. Uśmiecham się, czytając Меgre, w tych miejscach, gdzie autor od siebie coś próbuje powiedzieć o tajdze, o zwierzętach. I w samo serce trafia każde słowo Anastazji. Wszystko to prawda.
Otóż, prawie pięć lat temu ostatecznie przeniosłem się, można powiedzieć, do tajgi. Chociaż to domek na obrzeżach dość dużej wsi. Moje obecne życie jest mocno związana z życiem otaczającej przyrody. Pies z kotem nie wpuszczają dzikich zwierząt na podwórko, a sąsiedzi "myśliwi" prawie pod samą furtką stawiają pułapki i wnyki - skandal z nimi. Żeby to było jak u Anastazji na polance...

Mogę miesiącami nie wychodzić do wsi. W mąkę i inne niezbędne produkty zaopatruję się na zapas. Natomiast często chodzę w przeciwną stronę- do tajgi, w góry. Golec, łańcuchy górskie Ałtaju to inna kwestia. Trzeba częściej bywać w górach! Wszyscy ludzie. Albo chociaż na dalekiej północy. Zdolności, o których mówi Anastazja, Przyroda pomaga człowiekowi otworzyć. Wszystko zależy od jakości dążenia. W niej musi być miłość. Wszyscy czytali książki. Najważniejsze słowa zostały wielokrotnie powiedziane. A ludzie i tak po dawnemu gonią za ilością. Potrzebują natychmiastowych efektów, ekstazy, euforii itd. Jak żyć z Miłością? Trzeba umieć robić każdy, nawet rutynowy drobiazg z miłością. Lubisz próżnować? Chciałbym popatrzeć na kogoś, kto może to długo robić z miłością.

Miałem podzielić się doświadczeniem, ale żeby się dzielić, trzeba mieć czym. Zapomniałem, co to jest praca. Podejmuję różne działania, naturalnie. Jak wszyscy. Ale praca dla mnie to nie ciężki obowiązek, a życiowa oczywistość. Dokładniej mówiąc, obraz życia. Budzisz się rano - tyle trzeba zrobić, a chciało by się jeszcze więcej! Wszystko od razu bym zrobił. Ale zadań wystarczy na całe życie. Tak, ale skąd się jednak biorą pieniądze na wspomnianą mąkę, na ubrania, na wycieczki do miasta? Nie przejmuję się specjalnie tą kwestią. Dochodzę do wniosku: Nawet szkodliwie jest się tym zajmować. Tyle, ile trzeba, samo przychodzi. Powiem inaczej: Pieniędzy zawsze jest tyle, aby nie zaszkodzić najważniejszemu - miłości do Boga. Nie było wczoraj pieniędzy, a dzisiaj u ciebie leży pewien zapas. Wychodzisz z domu i odgarniasz śnieg z ganku. Jak ty to robisz? Cieszysz się z dźwięku śniegu lecącego z łopaty? Bawisz się przy tym z podbiegającym psem? Czy może wszystko cię drażni?

Oczyściłeś ścieżki, idziesz do przerębla po wodę. Wczoraj cieszyłeś się z tego spotkania z Rzeczką, oddychałeś pełną piersią. Nie zastąpiła wczorajszej radości myśl o pompie, którą teraz jesteś w stanie kupić, i którą wodę do domu doprowadzisz?. Jeśli tak, to się pogubiłeś. I w kwestii pieniędzy też.

Można, oczywiście, zrobić wodociąg w swoim domu. I kanalizację też. I wszystkie inne udogodnienia. Jeśli cel tego działania będzie zacny. Pójść, na przykład, na narty w uzyskanym wolnym czasie, zobaczyć Piękno, a wróciwszy do domu, narysować obraz! Rzeczywiście, obraz się uda. Ponieważ będzie on rezultatem dialogu z Bogiem. I przyjdą ludzie i będą proponować pieniądze za ten obraz. I będziesz mógł narysować jeszcze dziesięć takich obrazów.

Tu ludzie często się mylą (sam nie jestem wyjątkiem): Żyć po to, aby jeść czy jeść po to, aby żyć? Zapaliłem się, na przykład, do rzeźbienia. Tu niedaleko, po drodze, w złożu rudy żelaza znajdują się wyjątkowe, kolorowe smugi. Za pierwszym razem to dosłownie cuda się działy. Z bezkształtnego kamyka, spod zielonych, czarnych, żółtych, pomarańczowych plam pojawia się konkretna figurka papużki - oczka, dziób, główka, wszystko na swoim miejscu. Albo, na zielonym tle, na smukłej nodze, z długim cienkim dziobem w wytwornej pozie, pojawia się biała czapla. Lub raptem okazuje się - z tego kamienia wyjdzie figurka tańczącej kobiety z długim blond warkoczem, z opadającą na ramiona kolorową chustą, w długiej, zwiewnej, purpurowej sukience.

Znajomi, przyjaciele-kamieniarze dziwili się. Sam dziwiłem się najbardziej. Ponieważ czułem: Za maszyną do obróbki ktoś mnie zastępuje. Jest tylko proces, poszukiwanie i oczekiwanie cudu. I prawie za każdym razem cud następował. Żyłem tym parę lat. Potem pojawiły się wyceny i nabywcy. Przyczyna nieszczęścia nie w tym, że targowałem się za gotowe wyroby. Nieszczęściem było to, że wyceniłem rezultaty i zaczynałem do nich dążyć. Od tego czasu cuda z kamieniem ustały. Mogę coś robić specjalnie na sprzedaż, ale nie jest to dla mnie ciekawe. Mogę, wydaje mi się, do tego "polotu" w rzeźbiarstwie wrócić, ale teraz jestem pochłonięty malarstwem.

Każde zajęcie może być twórcze. Twórczość ponad wszystko. Rok temu postawiłem przed sobą zadanie: Gdzie, jeśli nie na Syberii i kto, jeśli nie ja powinienem produkować olej cedrowy. Dwa miesiące zajmował się tylko tym zagadnieniem, opracowałem własną technologię. W smaku wyszły delicje, poczęstowałem wszystkich przyjaciół, krewnych, zacząłem sprzedawać. Dalej - stop. "Przerwa techniczna". Historia się powtarza.
W każdej sytuacji trzeba starać się utrzymać czyste myśli - czystymi. Robisz dobrą, potrzebną rzecz - jutro rób ją jeszcze lepiej. Nie żeby przynieść komuś pożytek, nie jako prezent. Rób to dla duszy swojej. Nie wolno stawiać na pierwszy plan korzyści materialnych. Maksymalnie realizuj swoje zdolności, rozwijaj je. Reszta sama przyjdzie. Nie wierzę, że istnieją ludzie, całkiem do niczego niezdolni.

Z najbliższymi sąsiadami ze wsi miałem ciekawą rozmowę:
- Oczywiście, - mówią oni, - ty masz talent. A my jesteśmy prości ludzie, ot tacy.
- Za to u was, - odpowiadam, - jest krowa. Będziecie mnie mlekiem podkarmiać, a ja "arcydzieła" w zamian tworzyć. Czy to nie twórczy układ?...
Oburzyli się wtedy sąsiedzi na taki dowcip. Ale z mleka od nich nadal korzystam.

* * *

Lubię latać. Nie tylko na lotni albo samolotem. Wierzchołek cedru też dobrze się kołysze, kiedy wieje mocny wiatr. Przełazisz, bywa, cały dzień (w poszukiwaniu szyszek, oczywiście), potem schodzisz na ziemię, a ona się kołysze pod nogami. Usiądziesz, przytulisz się do potężnego pnia - kołysze się. Położysz się płasko na ziemi - wszystko jedno kołysze się.

Pewnego razu, w euforii, zapomniałem o ostrożności na górze. Troszkę krzywo oparłem się na sęku (cedr ma kruche sęki) i naturalnie, obudziłem się - gips. To wstęp do opowieści o narkotykach. W szpitalu miałem takie uczucie ciężkości, bóle przed snem. Po przyjęciu jakiejś gorzkiej substancji robiło się wewnątrz ciepło, przechodziły bóle, stawało się przyjemnie, chciało się spać.

Sąsiedzi z sali mi wyjaśnili, że to coś takiego, że gdy się do tego przyzwyczaisz, to potem chodzisz nocami o kulach, za dyżurującymi pielęgniarkami, prosząc o dodatkową dawkę. Wtedy, jako siedemnastoletni chłopak, byłem w stanie natychmiast zrezygnować z takich odlotów. Widocznie, moja intuicja podpowiadała: Ból, bezsenność, cierpienia, organizm powinien pokonać naturalnym sposobem. Chcemy często uciec od trudności w życiu, ale od nich uciec nie wolno, je trzeba przejść, przeżyć. Nie ulgi i pobłażanie nas wzmacniają.

Teraz żyję, można rzec, jak pustelnik. Nie dążyłem do tego. Tak wyszło. Rozpychanie się łokciami "w szerokim świecie" nauczyło mnie mnóstwa rzeczy. Jestem wdzięczny wszystkim byłym kolegom i byłym przyjaciołom za to, że nie pozwolili mi długo utrzymać się na jednym miejscu. "Myślicie, że wam wyjdzie to, co mi? Proszę, zajmujcie moje miejsce, znajdę sobie inne." Teraz, wreszcie, nikt mi nie zazdrości. To znaczy, że wszystkim jest dobrze. Przede mną dużo, bardzo dużo ukochanej pracy! I duże połacie mojej ukochanej tajgi. I nowe hobby - samotność.

Tak, proszę wyobrazić sobie, z samotności rzeczywiście można wydobyć dużo interesujących i pożytecznych rzeczy. Filozofie Оshо i Anastazji pomogły mi być bardziej spostrzegawczym i zobaczyć coś na własne oczy. Temu, kto stara się żyć w harmonii z Przyrodą, kto chce nauczyć się rozumieć język Boga, ośmielę się dać pierwszą radę: Bezzwłocznie wyrzućcie na śmietnik wasze telewizory! Jeśli tak zrobicie, na początku będzie wam czegoś brakować, będzie odczucie pustki, nudy itd. Niełatwo przeżyć utratę takiej potężnej namiastki życia. To jak odwyk u narkomana.

Piętnaście lat żyję bez telewizora. Czasami tylko słucham radia. Wystarczy je włączyć raz w tygodniu, żeby przekonać się, że na świecie wszystko po staremu. Tymczasem, dniami, miesiącami z żadnymi ludźmi się nie spotykając, braku informacji nie odczuwam. Przekonuje się o tym każdy, kto czasem do mnie przyjeżdża. Co więcej, na moich gości, ilu by ich nie było, spływa taki potok nowych, interesujących i potrzebnych informacji, że u siebie w mieście oni potem jeszcze długo wszystko to odszyfrowują i uświadamiają sobie. Przyznawali mi się do tego nieraz.

Sam bywam pięć razy w roku w gościach, w mieście. Włączone telewizory stanowią zwykle tło spotkań z przyjaciółmi, rodziną. Nie wszyscy wierzą wypowiedziom Anastazji, temu, co opisuje w swoich książkach Władimir Меgrе. Czasami pojawia się spór. I wtedy nawiązuję do telewizji. Na przykład, gdzieś pod koniec 2002 roku występował (i pokazywał doświadczenia) uczony (nie pamiętam imienia) ze swoim odkryciem, zrobionym wcześniej również przez innego badacza, który zginął podczas doświadczeń. Mowa była o oddziaływaniu za pomocą myśli na substancje, w szczególności, na materiały wybuchowe. (Przypomnicie sobie dziewczynkę i rozbrajanie bomb). Przytoczyłem inne, podobne przykłady, wzięte z środków masowego przekazu - o tym z jakiegoś powodu ludzie nie słyszeli. No to co wy tam widzicie i słyszycie? Tło. Telewizja to po prostu tło. Ale to mała szkodliwość. Ale nie myśleć, nie szukać, nie czuć i nie wiedzieć wzmacnia to zło.

Człowiek („cywilizowany”) do tego stopnia jest zautomatyzowany, że stanąwszy twarzą w twarz z samym sobą, on boi się i co prędzej ucieka z powrotem. Donikąd, byle dalej od siebie. U mnie w mojej „pustelni” też bywają takie momenty słabości. Ale znam to już od dawna, zresztą zawsze jest ktoś kto się o mnie zatroszczy, pomoże, podpowie.

Wczoraj wieczorem zasnąłem z pytaniem. Zawsze jest wiele pytań. I ani jedno nie pozostaje bez odpowiedzi. Rano budzę się z radosnym odczuciem nowej wiedzy. Bóg zawsze może i chce z nami rozmawiać. Może mówić głosem bezpośrednio wewnątrz twojej głowy. Może ognistymi literami na niebie. Ale lepiej, jeśli nie On w naszym, a my w Jego języku nauczymy się mówić. On zawsze się cieszy, kiedy coś się w nas dzieje, wtedy zawsze daje o tym znać w jakiś cudowny sposób. Cuda to zupełnie inne tło, które może upiększać życie człowieka. One czasem przejawiają się w małych rzeczach.

Najczęściej pojawiają się w Przyrodzie. Przecież wszystko co nas tu otacza – to Jego słowa, Jego myśli. Sąsiad zobaczył, że sadzę cedry, podszedł.- Tu cedry w ogrodzie nie przyjmują się. Dużo posadziłem - wszystkie zginęły. Nic mu nie odpowiedziałem. Myślał tylko, tak jak wszyscy myślą, że nie zobaczę plonów z tych cedrów. One tak długo rosną. I nagle, tą jesienią mój wzrok przypadkiem zatrzymał się na małej szyszeczce-zalążku w mojej rozsadzie! Tak nie może być! Cedr mojego wzrostu. Trzy lata temu był sadzony. Okazuje się, wszystko może się zdarzyć. Najważniejsze, aby sadzić, aby siać. Przyroda nie pozostanie dłużna.

Trzeba zauważyć, że kiedy jesteś przygnębiony, nic dobrego dookoła się nie wydarza. To najprostsze spostrzeżenie. O cudach, oddzielnie, mówić nie warto. Jakość życia powstaje dzięki przestrzeni, którą sami formujemy. O czystości myśli często mówi Anastazja. Oto przykład. Przypuśćmy, nudzę się i Przestrzeń wraz ze mną się nudzi. Przyjeżdża inny zblazowany człowiek albo po prostu służbista. Wszystko wokół pozostaje bez zmian. I nagle ni z tego, ni z owego wszystko się zmienia. Pies ze szczekaniem i radością biegnie, wita nowego gościa. To dziwne. Pies po raz pierwszy widzi tego człowieka, a wita jak członka rodziny. Bywa też, że innego jest gotowy zjeść. A tu. Ale najważniejsze, uderza mnie, jak reaguje przestrzeń. Ona jest żywe. Ona jest myśląca. Ona jest czująca.

Mnóstwo można przytaczać przykładów i dowodów. Ale po co? Przecież żyjemy, oddychamy, rozmawiamy – na to nie trzeba dowodów. Patrzysz – wszystko oczywiste i naturalne. Napiszesz – wychodzi ezoteryka.

Mogę o ogrodzie coś niecoś opowiedzieć na potwierdzenie słów Anastazji. Zeszłym latem najlepsze (smakiem, rozmiarem i urodzajnością) truskawki obrodziły w tym miejscu, gdzie jej przez dwadzieścia lat, jak nie więcej, nie dotykano. Czyli nie przesadzano, nie podlewano, zupełnie w żaden sposób nie pielęgnowano. Przy takim ogrodnictwie to nawet doświadczeniem się nie podzielisz. Pięknie przyjęła się wiktoria, jak ją u nas nazywają, na łące. Tam ją specjalnie rozsadzałem. Teraz tylko trawę latem podcinam, przy jej liściach.

W ogóle przyzwyczaiłem się obywać tym, co rośnie w tajdze. W ogrodzie to, co samo rośnie, to niech rośnie. Uważam, że na gospodarstwie trzeba pracować tyle tylko, ile trzeba każdego ranka dla gimnastyki. Pomocników wyrzucam, jeśli który idzie pracować do ogrodu bez chęci, bez radości. Przekonałem się, że hodować rośliny najlepiej samemu. Od sąsiada – to nie to samo, zupełnie nie to. Zauważyłem, że nawet zioła na łące (mam dużo ziemi) zaczynały rosnąć te, którzy mi są potrzebniejsze. Do napojów alkoholowych mam obojętny stosunek. Kiedyś byłem amatorem i znawcą dobrej herbaty. Teraz ręka sama ciągnie żeby zaparzyć swoją własną, ziołową herbatę.

Bardzo mądrze i właściwie nawołuje Anastazja do dialogu z Bogiem - poprzez sprawy ziemskie. Bywa czasem tak: Czytasz, zastanawiasz się, piszesz, mówisz, znowu czytasz i nagle orientujesz się –zapomniałem jak żyć! Zrozumieć teorię i nawet stworzyć własną filozofię jest o wiele łatwiej, niż żyć w należytej świadomości. Radość z kontemplacji wspólnego tworzenia - prawdziwa radość. Życiowa radość!

I jeszcze o czystości myśli koniecznie trzeba coś dodać. Wielu z was, prawdopodobnie, zastanawiało się, dlaczego ludzie żyjący na wsi, na ziemi nie rozwijają się duchowo, kulturalnie, intelektualnie, a zwykle jest zupełnie na odwrót - upijają się, degradują. Odpowiedź jest prosta. Kto czego szuka, ten to i znajduje. Jest mnóstwo, chociaż pojedynczych, ale przekonujących przykładów, kiedy Matka-Natura karmi i wychowuje geniuszy światowej wielkości - od Łomonosowa do Wasyla Szukszina i Wiktora Astawlewa.

Okoliczności - nędza, krytyka ze strony rodziny i społeczności otrzymujemy po to, żeby móc wybrać jedną z dwóch dróg (świnie w chlewie albo Bóg w świątyni), żeby człowiek przekroczył jakiś próg. Zawsze to trudny krok. Przyszli osadnicy powinni wziąć pod uwagę, że wybór ten nadal jest niedokonany. Rutyna na początku może wydawać się bardzo pociągająca i romantyczna. Przykład małej Soni z książki W. Меgrе, która zaczęła od namiotu na łączce i ogrodzenia ze sznurka, ale pierwsza jej radość - kwiaty, ogród i odnoszący sukcesy przedsiębiorca - sąsiad.

To tylko ostrzeżenie, w dobrym duchu: Nie gońcie za zewnętrznym bogactwem. Można już wprowadzić pojęcie duchowych pieniędzy. Tylko sam człowiek wie, czy je posiada czy nie, mało czy dużo. Harmonia tworzy się dzięki współzależności bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego. Jako fotografowi, nieraz zdarzyło mi się robić portrety. Lubię ten rodzaj nie mniej, niż pejzaże. Teraz próbuję rysować ludzi. Ale często martwi mnie i odbiera natchnienie fałsz. Nie o wyglądzie mówię, tylko o niezgodności wewnętrznego świata człowieka z zewnętrznym wizerunkiem. W mieście do tego przywykliśmy. Tam to chętnie "sami siebie oszukujemy". Ale tu, na przyrodzie, nic nie poradzisz, sedno bytu wychodzi na pierwszy plan. I każda miejska ślicznotka naprawdę może stać się piękną kobietą, kiedy umyje się, odpocznie, zapomni kim była i otworzy serce na otaczający świat.

Było takie zdarzenie. Przyjeżdża z miasta dziewczyna. Nie dziewczyna – a żywe wcielenie energii zachwytu, radości, miłości i ciekawości. Ona w czasie jazdy pociągiem stała się taka - nigdy w życiu nie widziała tajgi, gór, czystych rzek i powietrza. Dziwowałem się, obserwując jak ona obcuje z powszednim (dla mnie) światem. Okazuje się, że tego nie trzeba się uczyć. Najważniejsze to szczerość i otwartość. Ona jak gąbka wszystko chłonęła, a Przyroda hojnie ją obdarzała. Oczywiście, sypała pytaniami raz za razem. Przygryzłem język, obserwując cuda. Potem z jej wnętrza popłynęły odpowiedzi. Właściwe!

Wieczorem dziewczyna zakochała się w błyskawicach, które widniały na horyzoncie, migając z wielkiej odległości jak fajerwerki - Chcę burzy! Chcę piorunów, wiele piorunów! - Bardzo emocjonalnie powtórzyła to kilkakrotnie, zwracając się do nieba.
Po godzinie rozpętała się taka burza, jakiej tu nie było od stu lat. Po raz pierwszy w życiu widziałem coś takiego.

Minęło pół roku. Ona przyjechała zimą. Oczywiście, natychmiast wzięła łopatę i poszła odkopać ścieżkę do "swojego" cedru, na "swoją" polankę. Zostałem w domu.

"No, myślę, naszym zaspom to ona nie da rady."
Wraca, opowiada, jak jej cedr nie mógł się już doczekać. - A śnieg taki dobry, puszysty, smaczny! - I nagle oświadcza, - chcę ulepić bałwana.
- Do tego potrzebny jest mokry śnieg, a w styczniu tutaj są mrozy, - wzruszyłem ramionami.

Co myślicie? Następne trzy dni na dworze było wilgotno i śnieg był lepki - to, czego było trzeba!

Wiele dziwnych rzeczy dzieje się wokół. Chciałem napisać powściągliwie. Przepraszam, przejąłem się. Nie mam dostępu do internetu. Boję się zmęczyć tego, kto będzie wrzucać to na komputer i o tych, którzy będzie to potem czytać. Jeszcze przepraszam za chaotyczność – wszystko naraz chce się powiedzieć. Jeśli bym wszystko opisał, to nigdy bym tego nie wysłał.

Autor: Wasyl Тiurin
Materiał z "Rodowe posiadłości Białorusi" - http://www.ecoby.info/

Tłumaczenie - Mateusz Aponiewicz




Wyszukaj

Polecamy